Łatwo jest krytykować wystudiowany "amerykański uśmiech", "optymizm na pokaz" i całą tą kulturę obłudy. Nam, Europejczykom, jest jeszcze wygodniej: pozwala to bowiem wyznaczyć dystynkcje, które separują nas od owych oszukańczych, nieszczerych Amerykanów. Ale o ile krytyka takich postaw z naszej perspektywy wydaje się nieco tendencyjna, to przeprowadzona przez twórców amerykańskich wydaje się już przez sam ten fakt zyskiwać na głębi. Oscarowe "
American Beauty", okrutnie szydercze filmy
Todda Solondza ("Happiness", "Welcome to the Dollhouse", "Palindromy", "Storytelling"), a nade wszystko otoczony kultem serial "D
esperate Housewives"- oto najbardziej wyraziste i cenione przykłady destrukcji "American Dream". Ciekawe, że raz po raz - pamiętamy przecież antywesterny, politycznie zaangażowane horrory gore z lat 70. czy współczesne animowane seriale dla dorosłych (a przynajmniej nie dla dzieci) w rodzaju "
Family Guy" czy "
Drawn Together" - Amerykanie odczuwają potrzebę takiej gruntownej, brutalnej i na swój sposób czyszczającej samokrytyki. Przy okazji dekonstrukcji ulegają gatunkowe reguły, okazujące się integralną częścią składową niszczonego mitu i podtrzymywanej przez niego ideologii.
Tak bywało z rozmaitymi wariantami kina gatunkowego, ale nawet na tym tle przypadek "Desperate Housewives" wydaje się być niezwykły. Choć w ostatnich latach pojawiło się wiele ambitnych i zaskakująco popularnych seriali telewizyjnych, to i na tym tle ów "serial o gospodyniach domowych" się wyróżnia. Po pierwsze nawiazując do klasyki (m.in. "Miasteczko Twin Peaks"), i wpisującć się w krytyczny nurt amerykańskiego kina, zachowuje oryginalność oraz świeżość. Choć bohaterkami "Desperate Housewives" są tytułowe gospodynie, nie jest to bynajmniej serial dla przysłowiowych kucharek. Warto przypomnieć, że pierwotne - najpierw radiowe, a później telewizyjne - "tasiemce" były tworzone z myślą o kobietach pracujących w domu, mających rozproszoną,a zarazem podzielną uwagę. Dlatego fabuły, choć nierzadko rozbudowane, były na tyle nieskomplikowane, by można je było rozumieć nawet bez znajomości jednego czy dwóch odcinków. Taki sposób nie mógł się utrzymać zbyt długo, zwłaszcza od momentu gdy telewizja podjęła poważną rywalizację z kinem jako takim. Seriale się zmieniały, ich sposób odbioru również, czego przykładem fenomen wspomnianego "Miasteczka Twin Peaks" czy "Dynastii" (celowo nie wymieniam licznych sitcomów czy seriali grozy, bo to zupełnie inny nurt i temat na osobną publikację), otoczonych - było nie było - kultem. Kolejnym krokiem ewolucji tego gatunku telewizyjnego - po klasycznych dziś serialach obyczajowych i młodzieżowych - był wysyp ambitnych, niejednoznacznych moralnie w rodzaju "Rodziny Soprano" czy zupełnie świeżego spojrzenia na "komedię w odcinkach " w postaci "Sex and the City" (nie mówiąc już o South Parku" czy innych propozycjach MTV oraz Comedy Central). Na tym gruncie wyrosły tak popularne dziś serie jak "Lost", "Californication", "Prison Break", "Dexter". Ta ziemia wydała też obfity plon w postaci wspaniale się rozwijającego "Desperate Housewives".
Drugim bowiem powodem powodzenia tej serii jest sposób narracji, z jednej strony kontynuujący starą zasadę "w poprzednim odcinku", ale zarazem zręcznie ją dekonstuujący, poprzez umiejętne dozowanie nowych faktów (umieszczanych tak, że wyglądają jakby były od zawsze częścią zestawu "starych", już nam znanych) oraz system podsumowań, odsyłający nas nie tylko doświata rpzedstawionego, ale i zmuszający do refleksji nad naszym własnym życiem. W istocie "Desperate Housewives", mimo nierzadko drastycznego realizmu i bolesnej dawki "samego życia", są zanurzone w odmętach poezji, podbnie jak "Twin Peaks". Żaden magiczny realizm, ale właśnie takie bardzo zakotwiczone w życiu metafory - jedna z najmocniejszych stron tego wysoce inspirującego serialu. Ciekawe, że kiedyś by na nie trafić czytaliśmy książki lub słuchaliśmy piosenek. Dziś zastępuje nam to telewizyjny serial, co symptomatyczne - oglądany bardzo częśto na monitorze komputera. Choć "Desperate Housewives" to jednak "stara szkoła" sprzed "ery internetu", to niektórych pytań ludzie nigdy nie przestaną zadawać, a i odpowiedzi niekoniecznie muszą mieć postaci wzoru zero-jedynkowego oraz teledyskowego montażu.
Trzecią przyczyną sukcesu owego "serialu o gospodyniach" jest jego bezwzględna szczerość, wręcz emocjonalone okrucieństwo. Unikając bezlitosnego cynizmu "South Parku" czy "Family Guy", "Desperate Housewives" być może tym dobitniej demaskują nie tylko przecież amerykańską obłudę. Zgodnie z zasadą Nicka Cave`a : "All Beauty Must Die", w serialu tym wszelkie piękno jest pozorne i kryje w sobie wszystko, co najgorsze. Najczęściej też nikt i nic nie jest takie, jak się z początku wydaje. Jak w życiu - nie warto wierzyć nikomu poza samym sobą.
Ale konkluzje "Desperate Housewives" nie sa wcale aż tak pesymistyczne. Koniec końców, mimo wszelkich zawirowań, okazuje się, że w naszym życiu najważniejsza jest przyjaźń i to, że mamy do kogo się zwrócić z naszymi problemami. O tym samym w nieco innej formie opowiada też równie popularny "Sex and the City", jednak "Desperate Housewives" czytelniej nawiązuje do tradycji cotygodniowych spotkań i rozmów, będących pierwszym krokiem do działania oraz pokonywania trudności. Bo choć człowiek jest samotną wyspą, to bez przyjaciół byłby po prostu wyspą całkowicie jałową.