wtorek, 22 grudnia 2009

ratujmy tvp kultura!


tym razem znowu przyklejam cudzy apel, z którym się skądinąd utożsamiam:



Władze TVP SA zawiesiły produkcję wszystkich programów w wybranych kanałach tematycznych od stycznia 2010 roku. Jako powód podano konieczność wprowadzenia drastycznych oszczędności w Spółce.

Oznacza to, że w TVP Kultura od 1 stycznia nie będą realizowane nowe filmy dokumentalne, programy publicystyczne ani reportaże. Ale co gorsza, oznacza to także, że od nowego roku wstrzymana zostanie produkcja wszelkich dotychczas realizowanych przez kanał programów kulturalnych, między innymi relacji z koncertów, festiwali, czy debat publicznych.

Zatrzymanie realizacji programów w TVP Kultura jest równoznaczne z upadkiem tego kanału, ponieważ to właśnie produkcja własna, a nie przegląd zawartości archiwów telewizyjnych, stworzyła markę tej anteny! Istnieje więc realne zagrożenie, że jedyny w Polsce ambitny kanał telewizyjny przestanie istnieć. Dzieje się to w momencie, gdy TVP Kultura osiąga rekordową oglądalność wśród kanałów tematycznych (nie tylko Telewizji Publicznej).

TVP Kultura to jedyny kanał telewizyjny w Polsce w całości poświęcony pełnieniu misji mediów publicznych. Jako jedyna stacja śledzi i relacjonuje bieżące wydarzenia kulturalne. Promuje wydarzenia organizowane przez największe instytucje kultury w Polsce. Co najważniejsze - nie tylko informuje o nich, ale analizuje, wyjaśnia i ocenia w sposób nieobecny dziś w innych kanałach telewizji publicznej, czyli z głębszym namysłem, z udziałem szerokiego spektrum ekspertów i uczestników debaty publicznej. Stanowi jedyną alternatywę dla komercyjnej i rozrywkowej oferty innych kanałów, w których wszystko sformatowane jest zgodnie ze wskaźnikiem oglądalności. Ma dobrą, ugruntowaną markę. Jest jednym z nielicznych kanałów, który pokazuje Polakom najważniejsze wydarzenia z obszaru kultury wysokiej, prezentuje współczesne trendy, poszerza horyzonty, kreuje gust, edukuje. Wychowuje widza teatralnego, gości wernisaży, bywalców opery. Jest ambasadorem sztuki wybitnej.

Zwracamy się z gorącą prośbą o poparcie społecznej inicjatywy na rzecz ratowania kanału TVP Kultura. Prosimy o podpisywanie się pod protestem przeciwko likwidacji produkcji w TVP Kultura na stronie:

www.petycje.pl/petycja/4731/ratujmy_program_tvp_kultura!.html

Można też napisać lub powiedzieć o nas w innych mediach, bądź napisać do nas: tvpkulturapopieram@gmail.com

Zwracamy się z gorącym apelem do nowych władz telewizji publicznej, by zmieniła decyzję poprzedniego zarządu.

SPOŁECZNA AKCJA TVP KULTURA POPIERAM

[Katarzyna Szczuka, TVP Kultura]









wtorek, 15 grudnia 2009

LOTTA CONTINUA

Choć temat „globalizacji” i różnych form oporu wobec jej neoliberalnego wariantu wydawał się wyczerpany, niespodziewanie powrócił z dużą siłą wraz z globalnym kryzysem finansowym oraz eskalacją walka społecznych m.in. w Grecji. Media głównego nurtu wspominają zdawkowo o policyjnych opresjach w Kopenhadze, w kanałach światowych serwisów informacyjnych przebijają się wzmianki o zamieszkach w Grecji, od czasu do czasu wspomina się o ruchu lokatorskim – wszystko to jednak traktowane jest jako margines, nadal niegroźny dla istniejącego systemu politycznego. Kryminalizowanie i ignorowanie społecznego oporu jest szczególnie widoczne w polskich mediach. Czy widzimy w naszych serwisach informacyjnych skandaliczne zachowanie policji pacyfikującej pokojowe protesty w Danii? Czy z jakimkolwiek komentarzem spotkało się bezpodstawne otoczenie Christianii i użycie gazu łzawiącego oraz armatek wodnych? W polskich mediach dużo mówi się o obecnym szczycie klimatycznym – o bezczelności gospodarczych potęg, niemocy biednych państw i spekulacjach na temat rzeczywistego wpływu emisji CO2 na globalne ocieplenie. Dziennikarze wytykają złą organizację, informują o skargach NGOsów na brutalność („nadgorliwość”) policji – ale oprócz samych informacji o zwiększeniu uprawnień policji podczas szczytu i ich dopuszczalnej krytyki, nie analizuje się już skutków wprowadzenia tych przepisów. Tematami dnia są przepychanki polityków oraz komunikaty agencji rządowych. Nawet atak na premiera Silvio Berlusconiego nie staje się punktem wyjścia do zastanowienia się nad źródłem społecznej frustracji. Ot, to robota człowieka chorego psychicznie – nawet papież czuł się w obowiązku potępić „zamach" i życzyć jednemu z najbardziej znienawidzonych, skrajnie prawicowych polityków „wszystkiego dobrego”.

Media usilnie próbują skryminalizować biedę i marginalizować desperację przeciwników neoliberalizmu, w ramach „pluralizmu światopoglądowego” czasem zapraszając do studia jakiego „lewicowego intelektualistę”. Nawet zazwyczaj drapieżne i skłonne atakować (neo)liberalizm radio TOK FM ciągle zaprasza do prowadzenia programów ekonomicznych apologetów „niewidzialnej ręki rynku”. Tak jakby kryzys był „do przeczekania”, a system społeczno – ekonomiczny w zasadzie miewał właśnie okres „błędów i wypaczeń”.

Ale kiedy zamykamy oczy, nie znaczy to że problem przestaje istnieć. Na całym świecie wybuchają zamieszki, organizują się lokatorzy i robotnicy, odpowiedzią na coraz większą kontrolę i inwigilację są płonące samochody i wybite szyby w centrach handlowych. Ta „grupa chuliganów” wciąż rośnie. I będzie rosnąć stale, wraz z zaostrzaniem się antyspołecznej polityki władz. Niszczenie „własności prywatnej”, starcia z policją, okupacje biur polityków i budynków uniwersyteckich – oto odpowiedź na gentryfikację i komercjalizację przestrzeni publicznej.

Pamiętajmy paryski maj`68, pamiętajmy grecki grudzień`08, zapamiętajmy duńską końcówkę roku 2009. Walka się nie kończy, wybucha gdzie indziej

środa, 18 listopada 2009

Always ACAB, always antifascist!



Mimo uporczywych twierdzeń nacjonalistów, że policja jest też i ich wrogiem, 11 listopada pokazał po raz kolejny prawdziwą twarz państwowego aparatu represji. Pełna relacja z wydarzeń tego dnia tu

Przed demonstracją policjanci oznajmili, że monitorują ruch antyfaszystowski, czytają internetowe fora oraz nie zawahają się dołożyć starań, by ochronić marsz nacjonalistów i neofaszystów. Nie tylko dotrzymali słowa, ale i - tradycyjnie już - rażąco nadużyli swoich uprawnień. Szczegóły w linku powyżej.

11 listopada policja postawiła 7 osobom zarzut napaści na funkcjonariusza. Policjanci twierdzą, że aktywiści napadli ich jeszcze przed rozpoczęciem manifestacji, na co dowodem mają być zeznania policjantów. Tymczasem nawet korporacyjne media nie potrafiły ukryć prawdy:

Obecnie w Polsce odbywają się liczne benefitowe imprezy i koncerty, których celem jest zebranie pieniędzy na obsługę prawną zatrzymanych antyfaszystów. M.in. 21.11 w Warszawie oraz 05.12 w Kole. Jeśli tylko możecie, wybierzcie się na te koncerty.

Solidarność naszą bronią!

poniedziałek, 9 listopada 2009

awaria swastyki



11 listopada. Media i politycy wmawiają nam, że to ważny dzień. Teoretycznie rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości i suwerenności mogłaby być czasem niełatwych refleksji, historycznych analiz i wyciągania wniosków. Praktyka jest jednak inna. W wywiadzie dla polskiej edycji "Newsweeka" Leszek Moczulski celnie zauważa : "Jak wyglądałby 11 Listopada, w którym nie dominowałyby nastroje nacjonalistyczne? W ogóle by go nie było...". Podobnie myślą, choć wyciągają krańcowo inne wnioski, polscy "narodowcy", tego dnia właśnie organizujący dużą manifestację w Warszawie oraz kilka pomniejszych w innych miastach. Obóz Narodowo-Radykalny, korzystając ze swej prawnej bezkarności (wyjątkiem jest Opole, gdzie ONR zdelegalizowano), podobnie jak inne szowinistyczne organizacje, w zasadzie nie ma dziś znaczenie marginalne. Nie należy jednak lekceważyć nacjonalistycznego konglomeratu. Zwłaszcza dziś, gdy narodowcy (również polscy) zaczynają zawłaszczać symbolikę wolnościową. Tzw. narodowi autonomiści są szczególnie groźni, gdyż podszywając się pod anarchistów, skutecznie zmieniają swój wizerunek "tępych skinheadów". Postronny obserwator nie rozróżni już np. w Niemczech "nowoczesnego nacjonalisty"(a także neonazisty) od - dajmy na to - hardcore`owca. Te same stroje, estetyka, flagi, podobne hasla - przesłanie jednak inne. Neofaszyści liczą, że zawłaszczając język narzucą swoje zdanie głównonurtowym mediom, które z czasem zwrócą się przeciwko liberalnemu kapitalizmowi i będą optować za państwem rasowo czystym, wolnym od "wynaturzeń" i "lewicowych eksperymentów". Na razie są zazwyczaj ignorowani, ale stopniowo ich głos się przebija i bywa traktowany jako jedna z propozycji światopglądowych. Stąd już tylko krok do narzucenia swego dyskursu, o co w czasach kryzysu i różnych niepokojów (związanych z wojna czy "magiczną" datą 2012) nietrudno.

Dlatego nie powinniśmy biernie się temu przyglądać. 11 listopada, jak co roku, nacjonaliści organizują w Warszawie marsz. Choć hasła w rodzaju "Polska tylko dla Polaków " czy "Wielka Polska katolicka" wydają się populistyczne i zwyczajnie głupie, znajdują jednak coraz większy rezonans i polityczne przełożenia np. w represjach względem imigrantów. Nacjonaliści straszą nas inwazją islamistów albo terrorem politycznej poprawności, karzącej nam wstydzić się swego koloru skóry. Możemy się z tego śmiać, ale skrajna prawica stopniowo zyskuje na znaczeniu. Warszawski marsz to swoista tuba propagandowa tej ideologii. Zablokujmy go.

Ps. "Awaria swastyki" - tak nazwały swój set dziewczyny z anarchofeministycznego kolektywu dj`skiego Awaria Żelazka. Zaprezentowały go 15 sierpnia 2009, kiedy to toruńscy nacjonaliści neofaszyści ponownie postanowili manifestować "narodową dumę" i różnej maści szowinizm. W najbliższy piątek djane`s Arytmia, Estera vel Fochetta, Narkoza oraz Ruta vel Puta zagrają w toruńskim klubie Od Nowa pod hasłem "Awaria Heteronormatywności". Przy okazji zapraszam dzień później do Poznania na Marsz Równości, sól w oku piewców ksenofobii i nietolerancji. Patriarchat skona! Nacjonalizm skona! Homofobia skona!

poniedziałek, 26 października 2009

Pod kamuflarzem wesołości, kryją się rany głębokie


Łatwo jest krytykować wystudiowany "amerykański uśmiech", "optymizm na pokaz" i całą tą kulturę obłudy. Nam, Europejczykom, jest jeszcze wygodniej: pozwala to bowiem wyznaczyć dystynkcje, które separują nas od owych oszukańczych, nieszczerych Amerykanów. Ale o ile krytyka takich postaw z naszej perspektywy wydaje się nieco tendencyjna, to przeprowadzona przez twórców amerykańskich wydaje się już przez sam ten fakt zyskiwać na głębi. Oscarowe "American Beauty", okrutnie szydercze filmy Todda Solondza ("Happiness", "Welcome to the Dollhouse", "Palindromy", "Storytelling"), a nade wszystko otoczony kultem serial "Desperate Housewives"- oto najbardziej wyraziste i cenione przykłady destrukcji "American Dream". Ciekawe, że raz po raz - pamiętamy przecież antywesterny, politycznie zaangażowane horrory gore z lat 70. czy współczesne animowane seriale dla dorosłych (a przynajmniej nie dla dzieci) w rodzaju "Family Guy" czy "Drawn Together" - Amerykanie odczuwają potrzebę takiej gruntownej, brutalnej i na swój sposób czyszczającej samokrytyki. Przy okazji dekonstrukcji ulegają gatunkowe reguły, okazujące się integralną częścią składową niszczonego mitu i podtrzymywanej przez niego ideologii.

Tak bywało z rozmaitymi wariantami kina gatunkowego, ale nawet na tym tle przypadek "Desperate Housewives" wydaje się być niezwykły. Choć w ostatnich latach pojawiło się wiele ambitnych i zaskakująco popularnych seriali telewizyjnych, to i na tym tle ów "serial o gospodyniach domowych" się wyróżnia. Po pierwsze nawiazując do klasyki (m.in. "Miasteczko Twin Peaks"), i wpisującć się w krytyczny nurt amerykańskiego kina, zachowuje oryginalność oraz świeżość. Choć bohaterkami "Desperate Housewives" są tytułowe gospodynie, nie jest to bynajmniej serial dla przysłowiowych kucharek. Warto przypomnieć, że pierwotne - najpierw radiowe, a później telewizyjne - "tasiemce" były tworzone z myślą o kobietach pracujących w domu, mających rozproszoną,a zarazem podzielną uwagę. Dlatego fabuły, choć nierzadko rozbudowane, były na tyle nieskomplikowane, by można je było rozumieć nawet bez znajomości jednego czy dwóch odcinków. Taki sposób nie mógł się utrzymać zbyt długo, zwłaszcza od momentu gdy telewizja podjęła poważną rywalizację z kinem jako takim. Seriale się zmieniały, ich sposób odbioru również, czego przykładem fenomen wspomnianego "Miasteczka Twin Peaks" czy "Dynastii" (celowo nie wymieniam licznych sitcomów czy seriali grozy, bo to zupełnie inny nurt i temat na osobną publikację), otoczonych - było nie było - kultem. Kolejnym krokiem ewolucji tego gatunku telewizyjnego - po klasycznych dziś serialach obyczajowych i młodzieżowych - był wysyp ambitnych, niejednoznacznych moralnie w rodzaju "Rodziny Soprano" czy zupełnie świeżego spojrzenia na "komedię w odcinkach " w postaci "Sex and the City" (nie mówiąc już o South Parku" czy innych propozycjach MTV oraz Comedy Central). Na tym gruncie wyrosły tak popularne dziś serie jak "Lost", "Californication", "Prison Break", "Dexter". Ta ziemia wydała też obfity plon w postaci wspaniale się rozwijającego "Desperate Housewives".

Drugim bowiem powodem powodzenia tej serii jest sposób narracji, z jednej strony kontynuujący starą zasadę "w poprzednim odcinku", ale zarazem zręcznie ją dekonstuujący, poprzez umiejętne dozowanie nowych faktów (umieszczanych tak, że wyglądają jakby były od zawsze częścią zestawu "starych", już nam znanych) oraz system podsumowań, odsyłający nas nie tylko doświata rpzedstawionego, ale i zmuszający do refleksji nad naszym własnym życiem. W istocie "Desperate Housewives", mimo nierzadko drastycznego realizmu i bolesnej dawki "samego życia", są zanurzone w odmętach poezji, podbnie jak "Twin Peaks". Żaden magiczny realizm, ale właśnie takie bardzo zakotwiczone w życiu metafory - jedna z najmocniejszych stron tego wysoce inspirującego serialu. Ciekawe, że kiedyś by na nie trafić czytaliśmy książki lub słuchaliśmy piosenek. Dziś zastępuje nam to telewizyjny serial, co symptomatyczne - oglądany bardzo częśto na monitorze komputera. Choć "Desperate Housewives" to jednak "stara szkoła" sprzed "ery internetu", to niektórych pytań ludzie nigdy nie przestaną zadawać, a i odpowiedzi niekoniecznie muszą mieć postaci wzoru zero-jedynkowego oraz teledyskowego montażu.

Trzecią przyczyną sukcesu owego "serialu o gospodyniach" jest jego bezwzględna szczerość, wręcz emocjonalone okrucieństwo. Unikając bezlitosnego cynizmu "South Parku" czy "Family Guy", "Desperate Housewives" być może tym dobitniej demaskują nie tylko przecież amerykańską obłudę. Zgodnie z zasadą Nicka Cave`a : "All Beauty Must Die", w serialu tym wszelkie piękno jest pozorne i kryje w sobie wszystko, co najgorsze. Najczęściej też nikt i nic nie jest takie, jak się z początku wydaje. Jak w życiu - nie warto wierzyć nikomu poza samym sobą.

Ale konkluzje "Desperate Housewives" nie sa wcale aż tak pesymistyczne. Koniec końców, mimo wszelkich zawirowań, okazuje się, że w naszym życiu najważniejsza jest przyjaźń i to, że mamy do kogo się zwrócić z naszymi problemami. O tym samym w nieco innej formie opowiada też równie popularny "Sex and the City", jednak "Desperate Housewives" czytelniej nawiązuje do tradycji cotygodniowych spotkań i rozmów, będących pierwszym krokiem do działania oraz pokonywania trudności. Bo choć człowiek jest samotną wyspą, to bez przyjaciół byłby po prostu wyspą całkowicie jałową.

piątek, 9 października 2009

friendly fa$cism



Okazuje się, że to nie Brytyjczycy są mistrzami absurdu i purnonsensu. Skandynawia rządzi i w tej dziedzinie! Tegoroczną Pokojową Nagrodę Nobla urzędujący w Norwegii Komitet Noblowski przyznał obecnemu prezydentowi U$A, Barackowi Obamie. Niektórym warto chyba przypomniec jaką polityke prowadza Stany Zjednoczone. Wielokrotnie i wielostronnie krytykowana wojna w Iraku, okupacja Afganistanu, wspieranie działań wojennych Izraela, Patriot Act, wyjęte spod jakiejkolwiek kontroli prawnej polityczne więzienie w zatoce Guantanamo...Obama podczas kampanii wyborczej wspominał, że nie podoba mu sie polityka jego poprzednika, George`a W. Busha. Nic dziwnego. Był to wszak jego polityczny przeciwnik.

Od mniej więcej roku Barrack O. siedzi na tym samym stołku co George W. W tym czasie nastąpiła eskalacja działań wojennych w Afganistanie, nadal trwa okupacja Iraku (zwana żartobliwie "misją stabilizacyjną"), Izrael nadal ma polityczne poparcie dla swej zbrodniczej polityki na terenie Palestyny, a tortury wciąz nie zostały zakazane . Tarcza antyrakietowa? Teraz to ruchoma "tarcza Obamy" - zwieńczenie "wojen gwiezdnych" Ronalda Reagana . Tak właśnie wygląda "przyjazna twarz faszyzmu".

Oczywiście trzeba być ostrożnym w krytyce czarnoskórego prezydenta o mimo wszystko lewicowym poglądach, gdyż ani się spostrzeżemy, a będziemy stać w jednym szeregu ze skrajnie prawicowymi oszołomami, konserwatystami i fanami liczby 14. Można robić to np. tak . W żadnym wypadku jednak nie powinniśmy zamykać oczu. "Przyjacielski faszyzm" to ten najgorszy z możliwych.

poniedziałek, 5 października 2009

Kto jest chory i kogo trzeba leczyć


Dr House. Lekarz-perfekcjonista, neurotyk, traktujący pacjentów jako "ciekawe przypadki" (pospolite choroby zostawia kolegom po fachu) . Podejmuje się ich kompleksowej terapii, która jest dla niego rodzajem stymulującego intelektualnie śledztwa, pełnego poszlak i mylnych tropów. Gdy House znajduje rozwiązanie, pacjent przestaje się dla niego liczyć. Nie sili się na subtelności ani uprzejmości, jest skrajnie bezpośredni i do bólu naukowy, a zawodowe obowiązki nie stawiające przed nim intelektualnych wyzwań kompletnie ignoruje.

Dr House. Antypatyczny, aspołeczny, sarkastyczny i cyniczny. Odpychający, a jednocześnie fascynujący.Fenomen na liście serialowych idoli początku XXI wieku, analizowany pod różnym kątem zarówno przez specjalistów od rozrywki, jak i psychologów.

Dr House skupia w sobie wszelkie traumy, lęki, psychozy i neurozy obywateli społeczeństwa Zachodu przełomu XX/XXI w. Ta serialowa postać jest alegorią. Odbija się w niej doprowadzony do skrajności "pozytywizm naukowy", zderzony jednak z "nowoczesnymi" metodami "burzy mózgu" i zawoalowanego "couchingu", modnych metod "stymulacji pracowników" w korporacjach. House jest perfekcjonistą, jego działanie nastawione jest na osiągnięcie celu i dalszy samorozwój. Ignorujący społeczne konwenanse i normy, w sensie zawodowym i naukowym jest o krok przed innymi.

Jednocześnie House to kłębek neuroz i zarazem ofiara niekompetentnych lekarzy, "dzięki" którym do końca życia musi chodzić o lasce. Naukowe podejście do pacjentów zderza z całkowitym odrzuceniem dress-code`u i społecznych norm rządzących życiem lekarzy. Choć irytujący, zwykle jednak niezastąpiony. Dzięki swej mizantropii i socjopatii może odrzucić "humanstyczną nadbudowę", i w ten sposób stać się lekarzem doskonałym. Uczucia - jako spekulatywne i nie poddające się rygorom naukowej systematyzacji - odrzuca lub maksymalnie ignoruje. House jest symbolem i ironicznym rewersem kultury eksperckiej, ukazującym jej ciemne oblicze. Jest perfekcjonistą, specjalistą, kimś w rodzaju antypatycznego, ale niezbędnego supercoucha.

Dr House - idol obywateli postkapitalistycznego społeczeństwa XXI w. Zastanówmy się dwa razy zanim powiemy, że chcemy być tacy jak on.


środa, 30 września 2009

emo violence/chaotic emo

Mam uczuciowy problem. Dla wielu jest to błahostka niewarta (auto)refleksji, łatwa to zracjonalizowania i przejścia nad nią do porządku dziennego. Nie dla mnie.

Od lat zamęczam ludzi mymi chwilowymi fascynacjami, które w danej chwili wydaja się być dla mnie alfą i omegą, opus magnum, Mount Everestem pragnień, wzorcem z Sevres doskonałości. Ogień ma to do siebie, że kiedyś gaśnie, nawet jeśli zdąży wcześniej dotkliwie poparzyć. Czy warto przekonywac o cieple płomieni i oślepiającym blasku? Czy zapewniać innych o pięknie supernowej?

Chwiejność emocjonalna nie wydaje sie początkowo czymś groźnym. Można się do tego przyzwyczaić, podchodzić do niej jak to każdej wady. Jej "zabawny" charakter kończy się jednak tam, gdzie życie rozwiewa marzenia. Ludzie lubią wierzyć. Zwłaszcza drugiemu człowiekowi. Jak jednak ufać komuś, kto nie jest pewny swych afektów, wszelkie uczucia z łatwością kwestionuje, a mimo to zamęcza znajomych opowieściami o swych niuestabilnych stanach emocjonalnych (które na daną chwilą wydają się być piękne, nieuchwytne i wiecznotrwałe jednocześnie)?

Ból mija. Radość mija. Samotność pozostaje. Dlatego ludzie mimo wszystko nadal wyciągają do siebie ręce. Próbują rozproszyć samotność i zyskać substytut stałości. Gdy im się to udaje, mówią o pięknie. To mgnienie ludzie nazywają sensem życia.

The past does not exist
The future is a myth...













poniedziałek, 28 września 2009

Everything is sexual

"Roger, I had a very disturbing dream last night. In this dream I found myself making love to a strange man. Only I'm having trouble you see, because he's old... and dying... and he smells bad, and I find him repulsive. But then he tells me that everything is erotic, that everything is sexual. You know what I mean? He tells me that even old flesh is erotic flesh. That disease is the love of two alien kinds of creatures for each other. That even dying is an act of eroticism. That talking is sexual. That breathing is sexual. That even to physically exist is sexual. And I believe him, and we make love beautifully."

Takimi słowami swój niepokojący sen opisuje bohaterka "Shivers"(1975) Davida Cronenberga. Dziwny to film, przez niektórych traktowany jako krytyczna alegoria seksualnej rewolucji. Oto grupa ludzi, bedących nosicielami pasożyta wywołującego seksualny obłęd, opanowuje nowoczesny wieżowiec i pogrąża się w autodestrukcyjnej orgii. A wszystko przez to, że jakiś lekarz chciał zredukować pragnienia człowieka do tych najbardziej podstawowych. W latach 70. wiedziano już, że te potrzeby mają charakter seksualny, a kresem i zarazem rewersem seksualnego wyzwolenia był gwałtowny rozwój kultury konsumpcyjnej.

Po 40 latach nadal trudno jednoznacznie ocenić dziedzictwo tej rewolucji. Gdyby nie seksualne wyzwolenie być może inaczej wyglądałaby druga (i trzecia) fala feminizmu, nie wiadomo jak potoczyłyby się losy ruchów LGBT, nie mówiąc juz o drogach przemysłu rozrywkowego. Jednocześnie podważenie tradycyjnych ról społecznych i związków międzyludzkich, a w zasadzie de facto całego konserwatywnego status quo, spowodowało wzrost znaczenia radykalnej prawicy, czasem chrześcijańskiej. Kiedy nastąpiło pierwsze odczarownie rewolucji seksualnej, wraz z wybuchem epidemii AIDS, duża część społeczeństwa była skłonna przyznać rację konserwatystom i religijnym fundamentalistom. "Wolna miłość" została uznana za rodzaj "rosyjskiej ruletki", a rodzina i monogamia ponownie znalazły się na ustach polityków (a także dużej częśći twóców kultury popularnej). Niepokój, jaki wtedy zasiano, zebrał żniwo w postaci swoistej kontrrewolucji, której skutki odczuwamy - np.w Polsce - do dziś.

Wszystko jest seksualne. Mówienie, oddychania, właściwie cała fizyczna egzystencja. "Shivers" Croneneberga, film który dwuznacznie odbija postulaty rewolucji seksualnej, znakomicie problematyzuje lęki, jakie owo wyzwolenie zrodziło. Jednocześnie nie jest to ani prosta krytyka kontrkultury, ani jej naiwna waloryzacja. Kanadyjski reżyser, zafascynowany zarówno wpływem nowych technologii na życie i świadomość człowieka, jak i przemianami cielesności, już w swym pełnometrażowym debiucie podejmuje temat z gruntu wyrastający z doświadczeń "rewolucji seksualnej". W jego całej twórczości odbija się zarówno wynikła z tej rewolty nieskrępowana fascynacja cielesnością i seksualnością, jak i mniej lub bardziej świadomy lęk przed konsekwencjami "wolnej miłości". U Cronenberga rany, kalectwo, umieranie zostają zrewaloryzowane i - po raz kolejny w dziejach kultury - Eros łączy się z Tanatosem. Zdobimy skóre tatużami, modyfikujemy ciała, szukami przeżyć ekstremalnych - robione to i przed seksualną rewolucją, ale nie była to wówczas kwestia kultury popularnej. Cronenberg uchwycił nie tylko moment w którym kwestie rytualne stały się przedmiotem zupełnie innych zjawisk społecznych, ale też sproblematyzował lęki wynikłe z radykalnego rozumienia hasła "free love". Everything is sexual, even dying.

piątek, 25 września 2009

Cyrk Zalewski rucha pieski...



...a Ty siedzisz na tyłku! Na szczęście już niedługo będziesz mógł/mogła to zmienić!


Image

Już 26 września Cyrk zALEWSKI po raz kolejny organizuje w Warszawie swój Festiwal Cyrkowy. Po raz kolejny również będziemy tam, aby pokazać nasz sprzeciw przeciwko wykorzystywaniu zwierząt w cyrkach.

Barbarzyński proceder tresury (a może bardziej odpowiednim słowem byłaby TORTURA?) zwierząt już dawno powinien był przestać być wykorzystywany. Okaleczone zwierzęta ubiera się w kolorowe stroje aby zakryć przed publicznością liczne rany. Zamknięte w ciasnych klatkach przewozi się na długich dystansach. Słonie tańczą na piłce, tygrysy skaczą przez płonące koło, lwy balansują na trapezach - bez wątpienia to czynności, których nie spotyka się w warunkach naturalnych.

Kolejny raz pojawiamy się, aby wyrazić nasz sprzeciw. Kolejny raz będziemy informować zmierzających do cyrku o prawdziwej twarzy cyrkowej "sztuki". Kolejny raz będziemy protestować, gdy za kolorowymi ścianami namiotu zwierzęta będą wykonywać barbarzyńskie polecenia treserów/ek.

Serdecznie zapraszamy do przyłączenia się do naszych protestów. Odbędą się one 26 września, 3 i 17 października o godzinach 13 i 17, oraz 27 września, 4 i 18 października o godzinach 11 i 16 przed kasą cyrkową. Cyrk już rozkłada się w parku u zbiegu ul. Bitwy Warszawskiej i al. Jerozolimskich, niedaleko dworca PKP Warszawa Zachodnia. Pokażmy razem co myślimy o wykorzystywaniu zwierząt w cyrkach!

Pomiędzy sobotnimi demonstracjami zapraszamy na piknik do parku - uraczymy się pysznymi smakołykami, pogramy we frisbee. A po - wspólny wypad do Cyklozy! Smile

    Więcej informacji można uzyskać tu.

    Chcesz uzyskać więcej informacji o naszych happeningach lub działaniach? Przyjeżdżasz spoza Warszawy i potrzebujesz noclegu? Pisz na kuba@viva.org.pl!

    Nie wiesz jak wygląda rzeczywistość zwierząt więzionych w cyrkach? Polecamy obejrzeć ten filmik.

    Nie wiesz kim jest zALEWSKI? Tu się możesz dowiedzieć.

Żądamy natychmiastowej rezygnacji z wykorzystywania zwierząt w cyrku!
zALEWSKI - omijaj Warszawę szerokim łukiem! Nie jesteś tu mile widziany!

Zapraszamy w imieniu organizatorów:
Stowarzyszenie Empatia
Inicjatywa Warszawska
Fundacja Viva! Akcja dla Zwierząt

środa, 23 września 2009

...nic więcej do powiedzenia....

Myślenie to wysiłek, religia to komfort

Zastanawiające jak ważne miejsce w systemach kulturowych zajmuje religia. Nie mogąc zrozumieć, człowiek próbuje rytualnymi praktykami i "magicznymi" słowami poradzić sobie z tzw. sferą sacrum. Jej złożoność i niewytłumaczalność paradoksalnie mało kogo skłania do głębszych refleksji. I słusznie. Religia, jako system wszechogarniający (zdaniem Clifforda Geertza - kulturowy), nie byłaby w stanie osiągnąć statusu prawdziwościowego i eksplanacyjnego dla członków danej społeczności, gdyż jednostki refleksyjne są w niej zawsze mniejszością. Czego ludzie nie potrafią zrozumieć, tłumaczą metafizyką i "boskimi" prawidłami. Jeśli w ogóle chce im się reflektować nad nierozwiązywalnymi kwestiami. Bo religia do dla wielu nie tyle system wierzeń, ile zestaw praktyk, organizujących życie. W tym sensie mogłaby w zasadzie obecnie egzystować nawet bez systemu wierzeń czy panteonu bóstw.

Odrzucenie religii to spory wysiłek. Nie chodzi wszkaże jedynie o negację danego boga czy bogów, ale wręcz o odrzucenie danej tradycji. W istocie postawa antyreligijna jest postawa kontrkulturową. Dopiero przy próbie odrzucenia religii uświadamiamy sobie jak bardzo jesteśmy w nią uwikłani. Nasz język, który poniekąd konstruuje nasze uniwersum symboliczne, jest nią przesiąknięty, uwikłany neimla bez wyjścia. Nie ma większego sensu tego rozplątywać Pozostaje zatem odciąć. Trzeba jednak mieć świadomość, że dla większości ludzi religia wydaje się czymś tak oczywistym jak panujący system polityczny. I dlatego jej całkowita izolacja i likwidacja wydaje się niemożliwa, natomiast możlliwe i potrzebne jest stopniowe i konsekwentne ograniczanie do minimum jej wpływu na nasze życie.

Niektórzy ludzie tzw. wierzący uważają, że ich religijne uczucia należy chronić. Choć z punktu widzenia psychologii absurdalnym jest twierdzić, że można obrazić stan psychiczny, tysiące religijnych ludzi kompletnie to ignoruje i żąda dla swych przekonań prawnej ochrony. Nie chodzi tylko o swobodę ich głoszenia ale o uniemożliwienie jakiejkolwiek krytyki zarówno treści, jak i związanych z nimi symboli. I tak wizerunek proroka albo spersonifikowanego boga (lub przedmiotu z nim związanego) staje się kwestią polityczną. Jego negacja, odbierana jest jako atak na uniwersum symboliczne, to zaś często pokrywa się - w umysłach wierzących - z realnym. W ten sposób religii udało się utrzymać swój mitotwórczy status. Bo prywatne jest dziś publiczne. A publiczne jest polityczne.

wtorek, 22 września 2009

Internet stole my virginity

David Fincher ekranizuje właśnie kontrowersyjną biografię twórcy Facebooka. Warto przy tej okazji zastanowić się jak bardzo internet, a zwłaszcza Web 2.0, wpłynął na nasze życie i relacje międzyludzkie. Ta część świata, która jest podłączona do globalnej sieci, uległa całkowitemu przeobrażeniu. Stworzony na potrzeby armii (jak każda nowinka techniczna), internet stał się nie tylko narzedziem pracy, ale i pomógł przeformułować znaczenie "wolnego czasu" i "wolnego dostępu do informacji". Jego anarchiczna natura koreluje ze stanem świadomości dużej części obywateli tzw. Zachodu. Ludzie przemodelowują swoją świadomość zgodnie ze wskazówkami rozwoju internetu. Myślą skrótowo, błyskawicznie wyszukują i przetwarzają informacje, optymalizują i maksymalizują sieci kontaktów, wreszcie - komunikują się ze sobą zupełnie inaczej. Socjolodzy od dawna piszą o tym, iż elektroniczne listy ze swej natury raczej nie są długie, podobnie jak trudno nam konstruktywnie rozmawiać na forach internetowych. Zamiast dysput, mamy szybką wymianę zdań, której symbolem są tzw. komunikatory, gdzie jedna emotka mówi więcej niż tysiąc słów. Im więcej przebywamy w wirtualnym świecie, tym efektywniej ripostujemy linkami i sprawiamy wrażenie osoby błyskotliwej, inteligentnej, idącej z "duchem czasu".

Internet nas zmienił. I serwisy społecznościowe, część zjawiska zwanego Web 2.0, są być może esencją tej zmiany. Już nie tylko wyszukujemy informacje, ale sami je generujemy. Wolnościowa natura Web 2.0 pozwala rozwijać się internetowi wielokierunkowo, ze wszystkimi plusami i minusami takiej sytuacji. Możemy tworzyć swój wirtualny wizerunek, nawiązywać znajomości czy współtworzyć konkretne serwisy. Radykalny demokratyzm globalnej sieci niektórych przeraża, innych z kolei inspiruje i zachwyca. Faktem jest też, że odkrywa bezmiar ludzkiej głupoty. Ale ta przecież nigdy nie była w defensywie.

Ciekawą cechą współczesnego Web 2.0 jest autorefleksyjność jego użytkowników. Na setkach tysięcy blogów gromadzone są nie tylko przemyślenia userów, ale także miliony interesujących bądź kuriozalnych zdjęć. Opatrzone często krytycznymi opisami, komentują świat. Nie tylko wirtualny, gdyż ten już dawno pokrył się z tym rzeczywistym. W internecie prywatne jest publiczne. A publiczne jest polityczne. Oczywiście wszystko za naszą zgodą.

Web 2.0 i mnie zmieniło. Ukazało nieskończone możliwości tracenia tzw. wolnego czasu, skłaniało do systematyzacji zainteresowań i fascynacji, a nawet reflektowania nad statusem znanych mi ludzi. Internet stale mnie zaskakuje i inspiruje, zawstydza i przeraża, odczarowuje świat i tworzy jego lustrzane, krzywe odbicie. Daje tysiące możliwości, których nawet nie potrafię wykorzystać. Ale wyciągam po nie rękę, rządny nowości. Sam już nie wiem czy bardziej mnie to cieszy czy frustruje. Wiem jedno: internet zabija powoli.

poniedziałek, 21 września 2009

Czy to gorycz łatwiej jest wykrzyczeć...

...niż wyśpiewać w oczach blask? Tak w jednej ze swoich piosenek pytają Złodzieje Rowerów. Ten sam zespół zachęca, by nie negować się swych emocji, patrzeć w lustro i nie wstydzić się siebie. Łatwo się zgodzić z takim refleksyjnym, a zarazem pozytywnym przekazem. Trudniej wprowadzić go w życie. Gdy pierwszy raz słuchałem tych piosenek byłem wzruszony. Złodzieje Rowerów mieli na mnie wpływ mniej więcej taki jak na nich samych wcześniej Guernica Y Luno - cytując Jacka, wokalistę ZxRx: "Nadal jebię idoli, lecz zmusiłaś mnie do tego, bym nie wstydził się tego co czuję". Te słowa, tylko i aż słowa, trafiały prosto w serce. Dzięki nim odkryłem czym dla mnie jest punk, powoli uczyłem się myślec krytycznie i dostrzegać niuanse rzeczywistości. Rozwijała się moja wrażliwość, poniekąd źródło mojej postępującej mizantropii i rozczarowania społeczeństwem.

Co dała mi ta aspołeczna postawa? Czy przewartościowała mnie na tyle, bym potrafił stworzyć konstruktywną alternatywę? Wtedy wydawało mi się, że sama negacja jest najważniejsza, że stanowi pierwszy krok. Dziś wiem, jak bardzo się myliłem. Za pomocą słów byłem w stanie zanegować całe status quo, podważyć uniwersum symboliczne i realne, odrzucić wszystko i wszystkich. Na tym jednak często kończył się mój radykalizm. Bo łatwiej w coś wierzyć, niż praktykować.

Dysonans między zajmowanym stanowiskiem a realnymi zmianami siebie i swego otoczenia owocował różnymi próbami wyjścia z tej aporii. Jedną z nich było straight edge, wybrane jako opozycja do dominującego w naszej kulturze modelu zabawy. Choć większość moich znajomych piła, paliła i/lub zażywała narkotyki, ja świadomie wybrałem drogę drug free. Dziś nie podpisuję się już "trzema niewiadomymi", ale ta postawa na pewno dała mi bardzo dużo i zawsze ceniłem ludzi, którzy wybierają tę drogę. Zwłaszcza jeśli czynią to świadomie i krytycznie. Straight edge było drogą, jeszcze jednym sposobem negacji rzeczywistości. Czy jednak pomagało kreować alternatywy? Tego nie wiem, mnie na pewno pomogło zmniejszyć dysonans między pragnieniami a rzeczywistością.

Każdy wybiera sobie własną drogę rozwoju, nawet jesli przyjąć, ze ograniczają nas warunki środowiskowe. Ceną za wrażliwość i otwarte oczy jest ból, rozczarowanie i nierzadko apatia. Nasze wybory nie raz były, są i będą odrzucane przez tzw. społeczeństwo. Sukces i przeciętność dla wielu są dziś synonimami. Ciężko jest tłumaczyć się z uczuć, usprawiedliwiać emocje. Z drugiej strony - jak odciąc się całkowicie od społeczeństwa, ciągle w nim funkcjonując? Mind Pollution miało rację - ten świat nie jest stworzony dla ludzi wrażliwych.

czwartek, 17 września 2009

Chociaż prawo zabrania

Poznański Squat Rozbrat świętuje dziś swe piętnaste urodziny. Być może ostatnie. Współpracujący z politykami deweloperzy widzą w jego miejscu strzeżone osiedle domków jednorodzinnych wraz z przyległą do niego strefą gastronomiczną. Prezydent Poznania oczyma wyobraźni widzi napływ nowych, bogatych obywateli i wzrost wartości miasta w oczach inwestorów. Ignoruje rady mieszkańców, odrzuca poprawki do planu zagospodarowania przestrzennego (mogące ukrucić samowole deweloperów), w zamian oferując budowę kolejnych centrów handlu i rozrywki. Bo miasto to firma. A Poznań wie jak ignorować mieszkańców i wspierać gentryfikację.

W samym środku tego wybitnie antyspołecznego miasta od 15 lat funkcjonuje "anarchistyczna wyspa". Rozbrat. Squat, biblioteka wolnościowa, sala prób i dwie koncertownie, warsztat sitodruku, rowerownia, klub anarchistyczny i galeria, przestrzeń do zabawy i tworzenia, zieleń. Od 15 lat bez dotacji, bez sponsorów, bez subsydiów. Przez 15 lat ludzie związani z tym miejscem podkładają nogi politykom i tworzą własną kontr-kulturę. Demonstracje, obrona praw pracowniczych, koncerty, wykłady, food not bombs i maksymalnie niekomercyjny, antykapitalistyczny "lifestyle".

W ten weekend Rozbrat świętuje. Zwiera szyki i nabiera powietrza, bo walka wciąż trwa. Viva la squatting!

Egzema - viva la squatting











Nazwij to jak chcesz...

...ale nie szukaj fałszywego pocieszenia. Dawno temu Trująca Fala reklamowała płytę crustowego zespołu Filth of Mankind (polecam wywiad z zespołem ) właśnie taką sentencją. I ja chętnie się pod nią podpisuję. Lubimy się oszukiwać. Żyjemy złudzeniami, poszukujemy po omacku sensu, a gdy znajdujemy iskierkę nadziei, próbujemy polewać ją benzyną. Nadzieja wszakże umiera ostatnia i zarazem pierwsza rodzi się w naszej głowie, nierzadko będąc głównym motywem działania. Ale fałszywe pragnienia, fałszywe potrzeby, fałszywa radość działają jak narkotyki, napędzając, a zarazem niszcząc nas. Ilu z nas gotowych jest być drug free? Do you really want your freedom?