środa, 28 kwietnia 2010

Outsourcing idei


Tym razem dla odmiany coś, co już niektórzy czytali, ponieważ ukazało się parę dni temu drukiem na łamach zine`a "Bunkier":) Periodyk do nabycia na gigach albo bezpośrednio u Zośka z Caramba Distro i Darka z Liberation. A poniżej macie moją kolumnę z tego szmatławca :)

Mimo gospodarczego kryzysu (i jego kolejnych widm) neoliberalny kapitalizm wydaje się kwitnąć w najlepsze. Strajki, niepokoje społeczne, grupowe zwolnienia – jeszcze niedawno amerykańscy konserwatyści przekonywali, że taka jest cena stabilizacji. Owszem, przyznawali, kapitalizm jest pełen sprzeczności i generuje niesprawiedliwość, ale przecież mamy mechanizmy hamujące jego destrukcyjne zapędy. Gdy pełnię władzy przejęli neoliberałowie, wszelkie prospołeczne działania zastąpiły zaklęcia: deregulacja, prywatyzacja, komercjalizacja. Rola państwa została nakreślona jasno: ma ochraniać system przed wstrząsami, stymulować (także finansowo) międzynarodowe korporacje do inwestowania na niedawno jeszcze publicznych terenach oraz – oczywiście – wspierać tzw. „wolny rynek” (w praktyce oznacza to najczęściej solidny procent z naszych podatków przekazywany prywatnym firmom i bankom, niejako filarom istniejącego porządku). Nie ma alternatywy – mówią neoliberalni ekonomiści. Kapitalizm albo śmierć.

Jak bardzo byśmy nie chcieli być apolityczni, ten sposób myślenia wpływa i na nasze życie. Każde przedsięwzięcie powinno być rentowne i opłacalne, profesjonalizm oznacza w praktyce godzenie się na często rabunkowy outsourcing, no i oczywiście dotacje, granty, sponsoring. Próby wyjścia poza ten system określane są jako niepoważne, dziecinne, naiwne, żałosne i na dodatek będące domeną garstki frustratów, którym się nie powiodło w życiu. Próby przeformułowania pojęcia „własności” (w stronę „praca czyni własność”) oraz sprzeczne z aktualnie obowiązującym prawem, oddolne inicjatywy określa się jako na równi marginalne, co groźne (dla stabilności systemu i ogólnego porządku). To dlatego przewodniczący poznańskiego klubu PO nie chce nawet podejmować dialogu z członkami kolektywu Rozbrat, którzy od lat prowadzą taką właśnie kontrsystemową, prospołeczną działalność. Anarchistom – przekonuje – nie można ustępować, a najlepiej traktować ich jak potencjalnych terrorystów - wszak nie uznają oni władzy, państwa, granic, a na dodatek obrażają uczucia religijne (jakby takowe rzeczywiście istniały i potrzebowały ochrony prawnej). Na szczęście mamy kapitalizm i „święte prawo własności”, aktualne nawet (zwłaszcza?) wtedy, gdy „właściciel” zaciągnął kredyty i uciekł za granicę. Gdyby go nie było, ludzie by się wzajemnie okradali, mordowali, gwałcili i nawzajem eksmitowali, ot tak, dla kaprysu. Państwo, granice, rządy, policja, wojsko i intensyfikacja monitoringu to wszak niewielka cena za spokój, możliwość uczestnictwa w „wyścigu szczurów” oraz brak głupich myśli o samoorganizacji. Sprzeciwia się temu tylko garstka chuliganów z rodzin patologicznych, żyjących na cudzy koszt (?), i na dodatek nie płacących nikomu czynszu (jedynie konieczne opłaty za media). Ludzie, oszukani przez kapitalizm, żyjący w morderczym reżimie kredytów i nauczeni ciągłej zależności (od państwa, szefa, najemcy), reagują na takie „obrazki” bardzo agresywnie: ja tak nie mogę, to dlaczego mogą oni? Zamiast próbować odrzucić system, stają się jego jeszcze wierniejszym wyznawcami, a w przyszłości (mają nadzieję) – beneficjentami.

Kapitalizm jest tak fajny i elastyczny, że w końcu swą „wszechstronną ofertą dla różnych grup docelowych” kupił i część uczestników sceny hardcore (raczej łamanej przez metal niż punk). Fantastyczny rynek zbytu, sprofilowany i podatny na przejściowe mody, kulty, fascynacje. Raj dla sponsorów, firm cateringowych, odzieżowych, obuwniczych. Okazuje się, że stara filozofia Nike („marka, nie produkt”) sprawdza się nie tylko w murzyńskich gettach, ale i w innym środowisku pragnącym „wyrazić siebie” i „zaszaleć”. Oraz odpowiednio się prezentować. Nie ważne co w głowie, ważne co na sobie. Obsesja „perfekcyjnego wizerunku”, której poświęcił piosenkę poznański zespół Epileptic Walk, to właśnie wytwór kapitalizmu, trochę zawoalowany, bo przecież każdy chce ładnie wyglądać. A marka dodatkowo oznacza prestiż, schludność, jakość – myślę, że wszystkie te lanscore`owe kapele powinny wklejać podziękowania dla dzieci ze Stref Wolnego Handlu i Krajów Trzeciego Świata, szyjących za groszowe stawki buty oraz odzież, sprzedawane potem z kilkusetnym przebiciem albo rozprowadzane w supermarketach za cenę równie niską, jak poziom praw pracowniczych jej twórców. Korporacyjny kapitalizm znalazł, jak widać, nieoczekiwanego sprzymierzeńca. Kto by pomyślał, że wytatuowany dzieciak, słuchający wyrosłej z punk rocka muzyki, będzie totalnym wyznawcą danej marki obuwia czy korporacyjnego napoju gazowanego? Ano kapitalista pomyślał.

Niektórzy hardcore`owcy próbują przekonywać, że branding i sponsoring to tak naprawdę kwestia z jednej strony estetyki, z drugiej pragmatyki. Chcąc zachować wolność ekspresji, warto zgodzić się na kompromis banneru, naklejki na płycie czy logo na plakacie – przekonują. Etyka D.I.Y. ustępuje pola moshowi, lansowi, „ciężkiej muzie”. Jakby hardcore był jeszcze jedną odmianą muzyki rockowej, względnie metalowej. Symptomatyczne, że ci sami ludzie coraz częściej odcinają się od punka. Hardcore, który słuchają i czasem grają, ma być przede wszystkim wystylizowany: groźne miny, teksty pełne wściekłości i gniewu, nie skierowanego jednak pod konkretny adres. Ot, fajnie czasem sobie krzyknąć „fuck you”, między łykiem coca coli a popisem „figur moshowych”. No i grać „ciężką muzę”, na tyle przystępną by zaprezentować się potem na jednym z letnich festiwali rockowych, trafić do muzycznych telewizji oraz na okładkę „Teraz Rocka”.

Miraże kapitalizmu bywają równie zwodnicze, jak miraże apolityczności. Kapele oi!owe też się tłumaczą, że nie mają wyjścia i czasem grają z „niepewnymi” załogami, tak już funkcjonuje ta scena. A że czasem ktoś pokrzyczy o „białej sile” albo „pozdrowi Słońce”? „Jebie mnie to, jestem apolitycznym skinem”. Nie lustruję kapel z którymi gram ani ich fanów. Różni ludzie słuchają tej muzyki i trudno odpowiadać za ich głupotę. My tylko gramy, nie odpowiadamy za odbiorców.

Outsourcing idei to bezpośrednia konsekwencja kapitalizmu, pozornie niewidoczna, bo niekoniecznie powiązana z maksymalizacją zysku. Tym groźniejsza, bo ucząca zachowań konformistycznych, stymulująca alienację i bierność. Outsourcing idei zwalnia z odpowiedzialności, bo to nie my tworzymy znaczenia, tylko „podwykonawcy”. My tylko gramy, zachęcamy do zabawy, kupna merchu. Ostra muza rządzi! Nieważne co masz w głowie! Mosh rządzi! Neoliberalizm wygrywa.

diskris